Mam nadzieję, że się spodoba. ;)
Rozdział trzeci –
Wilki
Gdy byłam mała, tata kupił mi takiego
ogromniastego lizaka. Do tej pory nie widziałam większego. Mała ja, uwielbiała słodycze (do tej pory mi
zostało). Więc możecie sobie wyobrazić, jaka była moja radość gdy go jadłam. A
był tak słodki, że
później przez dwa dni nie
wzięłam słodyczy do ust. Jednak nie do tego zmierzam. To niewyobrażalne
szczęście, które towarzyszyło mi dopóki nie zjadłam całego prezentu było tak
przyjemne, że aż poczułam pustkę, (nie pomijając bólu brzucha i chęci wymiotowania) gdy zdałam sobie sprawę, że nic mi z niego nie zostało (poza posmakiem na języku).
Tutaj na sali, w gwarze, w ruchu i przy prawie całej szkole, poczułam się podobnie. Tylko, że ten „lizak” - Kacper i jego usta - nie został mi jeszcze zabrany, nie zniknął jak bańka mydlana, ale stał przede mną i mnie całował a mnie serce fikało salta. Jej, to nie mój pierwszy pocałunek ale… w tym było coś wyjątkowego, mrocznego. W tej chwili zupełnie zapomniałam o otaczającym mnie świecie, znajomych i wrogach. Nie było nikogo i niczego oprócz Kacpra i jego ust.
Kacper przerwał gwałtownie pocałunek. Albo inaczej. To nie Kacper, ale mój były. Miłosz rzucił się z pięściami na Kacpra. Jednak chłopak, nieco zaskoczony, nie dał się zbić tropu i nawet jeśli jeszcze wyglądał na trochę zdezorientowanego jego ruchy były płynne, szybkie i wyszlifowane.
Natomiast Miłosz, choć to on zaatakował, przy Kacprze wyglądał na niezdarnego, jakby chodził po ogromnej wodzie lub bagnie. Gdyby nie powaga sytuacji, wyglądało by to po troszkę zabawnie. Jednak mnie to ani trochę nie bawiło. A może byłam wstrząśnięta wydarzeniami z przed chwili?
Moje przemyślenia przerwał ruch przed oczami. Dwaj chłopcy z minami „zabiję cię pierwszy” szturchało się. Miłosz jak do tej pory uważany za „króla” szkoły testował swoje umiejętności.
Nie znałam Kacpra na tyle, by wiedzieć jak się bije. Stop, wróć. Ja w ogóle nie znałam. No bo co można powiedzieć o młodym mężczyźnie, którego poznałam przed dyskoteką – czyli jakieś czterdzieści minut temu. Nie… jednak coś się znajdzie. Np., że na imię ma Kacper i świetnie całuje.
Miłosz próbował uderzyć Kacpra w twarz jednak ten uniknął ciosu i walną w odwecie Miłosza w brzuch. A zrobił to za taką siłą, że przeciwnik upadł na podłogę. Przez ułamek sekundy wydawało mi się, że mu współczuję. Jednak szybko doszłam do wniosku, że w moim sercu nie ma takiego uczucia dla niego. A jego następne zachowanie tylko to zacementowało. Wstał, otrzepał kurtkę jakby blondyn ją czymś pobrudził i powiedział:
-Odwal się od Patrycji. Jesteś tu nowy, więc ci odpuszczę, ale na przyszłość strzeż się i bądź ostrożny.
-Ty chyba sobie ze mnie jaja robisz? – Kacper był naprawdę zdziwiony ale pod nasadą troszeczkę wkurzony.
-Mówię śmiertelnie poważnie, koleś. – zbuntował się – Masz jej nawet nie dotykać, przytulać, a nie daj boże robić to co przed chwilą. Lepiej dla ciebie, jak będziesz jej unikać.
-Weź się zamknij krasnalu. Nie ośmieszaj się jeszcze bardziej. Bić się nie umiesz, a teksty masz takie… - szukał odpowiedniego słowa – takie jak dzieci w przedszkolu. – choć Miłosz próbował udawać, że te słowa nie wywarły na nim wrażenia, zaczerwienił się.
-Skończ już i nie otwieraj lepiej tej swojej krzywej jadaczki, grubasie bo pożałujesz.
-Nie wiem, czy to do mnie bo jedynym grubasem w tej sali to jesteś ty. Ja natomiast mam kaloryfer, którego możesz pozazdrościć. – Uśmiechną się złośliwie. Jednak tym razem szatyn puścił tę uwagę mimo uszy (może bał się gniewu Kacpra?). Jednak nie poddał się i choć trochę delikatniej, dodał:
-Powtórzę jeszcze raz. Nie spoglądaj nawet na Patkę. Ona jest moja. – No nie. Tym razem to przegiął i tym razem to ja się wkurzyłam.
-Twoja?! Twoja?! – Niemalże krzyczałam – Możesz sobie pomarzyć. Jesteś głupkiem, parszywcem, brudnym robalem. Nigdy nie byłam twoja i nigdy nie będę. I to ja powtórzę jeszcze raz, ale ostatni. Nie masz prawa mówić mi co mogę a co nie mogę. – Moje nerwy puściły, ukazał się temperament i słowa po prostu wypłynęły z moich ust. Jednak żadnego nie żałowałam. Przynajmniej na razie.
Tutaj na sali, w gwarze, w ruchu i przy prawie całej szkole, poczułam się podobnie. Tylko, że ten „lizak” - Kacper i jego usta - nie został mi jeszcze zabrany, nie zniknął jak bańka mydlana, ale stał przede mną i mnie całował a mnie serce fikało salta. Jej, to nie mój pierwszy pocałunek ale… w tym było coś wyjątkowego, mrocznego. W tej chwili zupełnie zapomniałam o otaczającym mnie świecie, znajomych i wrogach. Nie było nikogo i niczego oprócz Kacpra i jego ust.
Kacper przerwał gwałtownie pocałunek. Albo inaczej. To nie Kacper, ale mój były. Miłosz rzucił się z pięściami na Kacpra. Jednak chłopak, nieco zaskoczony, nie dał się zbić tropu i nawet jeśli jeszcze wyglądał na trochę zdezorientowanego jego ruchy były płynne, szybkie i wyszlifowane.
Natomiast Miłosz, choć to on zaatakował, przy Kacprze wyglądał na niezdarnego, jakby chodził po ogromnej wodzie lub bagnie. Gdyby nie powaga sytuacji, wyglądało by to po troszkę zabawnie. Jednak mnie to ani trochę nie bawiło. A może byłam wstrząśnięta wydarzeniami z przed chwili?
Moje przemyślenia przerwał ruch przed oczami. Dwaj chłopcy z minami „zabiję cię pierwszy” szturchało się. Miłosz jak do tej pory uważany za „króla” szkoły testował swoje umiejętności.
Nie znałam Kacpra na tyle, by wiedzieć jak się bije. Stop, wróć. Ja w ogóle nie znałam. No bo co można powiedzieć o młodym mężczyźnie, którego poznałam przed dyskoteką – czyli jakieś czterdzieści minut temu. Nie… jednak coś się znajdzie. Np., że na imię ma Kacper i świetnie całuje.
Miłosz próbował uderzyć Kacpra w twarz jednak ten uniknął ciosu i walną w odwecie Miłosza w brzuch. A zrobił to za taką siłą, że przeciwnik upadł na podłogę. Przez ułamek sekundy wydawało mi się, że mu współczuję. Jednak szybko doszłam do wniosku, że w moim sercu nie ma takiego uczucia dla niego. A jego następne zachowanie tylko to zacementowało. Wstał, otrzepał kurtkę jakby blondyn ją czymś pobrudził i powiedział:
-Odwal się od Patrycji. Jesteś tu nowy, więc ci odpuszczę, ale na przyszłość strzeż się i bądź ostrożny.
-Ty chyba sobie ze mnie jaja robisz? – Kacper był naprawdę zdziwiony ale pod nasadą troszeczkę wkurzony.
-Mówię śmiertelnie poważnie, koleś. – zbuntował się – Masz jej nawet nie dotykać, przytulać, a nie daj boże robić to co przed chwilą. Lepiej dla ciebie, jak będziesz jej unikać.
-Weź się zamknij krasnalu. Nie ośmieszaj się jeszcze bardziej. Bić się nie umiesz, a teksty masz takie… - szukał odpowiedniego słowa – takie jak dzieci w przedszkolu. – choć Miłosz próbował udawać, że te słowa nie wywarły na nim wrażenia, zaczerwienił się.
-Skończ już i nie otwieraj lepiej tej swojej krzywej jadaczki, grubasie bo pożałujesz.
-Nie wiem, czy to do mnie bo jedynym grubasem w tej sali to jesteś ty. Ja natomiast mam kaloryfer, którego możesz pozazdrościć. – Uśmiechną się złośliwie. Jednak tym razem szatyn puścił tę uwagę mimo uszy (może bał się gniewu Kacpra?). Jednak nie poddał się i choć trochę delikatniej, dodał:
-Powtórzę jeszcze raz. Nie spoglądaj nawet na Patkę. Ona jest moja. – No nie. Tym razem to przegiął i tym razem to ja się wkurzyłam.
-Twoja?! Twoja?! – Niemalże krzyczałam – Możesz sobie pomarzyć. Jesteś głupkiem, parszywcem, brudnym robalem. Nigdy nie byłam twoja i nigdy nie będę. I to ja powtórzę jeszcze raz, ale ostatni. Nie masz prawa mówić mi co mogę a co nie mogę. – Moje nerwy puściły, ukazał się temperament i słowa po prostu wypłynęły z moich ust. Jednak żadnego nie żałowałam. Przynajmniej na razie.
- Rozumiesz mnie ty brudny, przebrzydły
bydlaku?!
Muzyka na Sali ucichła a wszyscy patrzyli to na mnie, to na Miłosza, to na Kacpra. Zielonooki chłopiec wyglądał na trochę wstrząśniętego, wściekłego, ale jednak w dużej mierze zaskoczonego. Wiedział, że jestem wybuchowa, ale nigdy przenigdy nie kierowałam swojej agresji pod jego adresem. (Musiał być kiedyś ten pierwszy raz.) Niestety, jego wściekłość była niczym w porównaniu z moją furią. Byłam tak zaślepiona tym uczuciem, że przed oczyma pojawiła się czerwona mgiełka. Byłam, aż przestraszona jak moje uczucia szybko się zmieniły. Nie wiedziałam jednak lub nie mogłam uwierzyć, że te wszystkie emocje pojawiły się po takim cudownym przeżyciu i były skierowane do chłopca przede mną. Do chłopca, którego kiedyś tak lubiłam, i w którym byłam zakochana po uszy. Nawet jego wygląd – oczy, włosy, usta – nie przemawiały do mnie i nie koiły moich nerwów.
A wtedy doszła do mnie prawda.
Miłosz, ani razu nie powiedział mi, że jestem choćby ładna. Ta prawda była tak okrutna i otrzeźwiająca, że aż zabolała. Tyle lat związku (fakt byłego) ale wciąż długiego.
Moja zasada „niepłakania” była żelazna i już od kilku lat, przestrzegana. Nie mogłam pozwolić, by przez takiego osła została złamana i zniweczona. W końcu tyle pracowałam, aby z beksy zrobić twardzielkę. Próbowałam wziąć się w garść. Nie chciałam, aby wszyscy zobaczyli jak się rozklejam, więc zapominając o torebce, nie zważając na zgromadzonych, wybiegłam z sali.
W tą wściekłość, wczepiła się iskra żalu. A ten żal jak choroba, rozprzestrzenił się po moim sercu i duszy.
Wściekłość zamieniona w żal i przykrość spowodowała, że uciekając nie byłam całkiem świadoma, czy kogoś potrąciłam. Miałam nadzieję jednak, że nie.
Wybiegłam na szkolny dziedziniec i nie zrobiłam czterech kroków, gdy ktoś złapał mnie za łokieć. Energicznie się odwróciłam, jednak byłam zaskoczona, kto mnie trzyma. Był to blondyn, którego w życiu nie widziałam. W jednak sekundzie zostałam otoczona przez grupę… na pewno nie ludzi. Były to istoty – głownie mężczyźni, z tyłu zauważyłam jedną kobietę – niespotykane. Piękni, dobrze zbudowani, widać, że silni o porażającym spojrzeniu. Blondyni, bruneci i szatyni o niezwykłych oczach, poruszali się z zaskakującą gracją. Wszyscy skupiali się na mnie, a ja biedna nie wiedziałam co mam robić. Wtedy kobieta przecisnęła się przez mur kompanów i podała mi rękę. A ja tą rękę przyjęłam. No, może nie było to najmądrzejsze posunięcie, ale za bardzo nie miałam wyjścia.
- Chodź, nie bój się. Wszystko ci wytłumaczymy jak będziemy bezpieczni, daleko z stąd. – Mówiła, gdy zaczęła mnie ciągnąć do pobliskiego SUVa Miała łagodne rysy twarzy i była osobą, której bym zaufała. Jej miodowy głos o dziwo koił moje nerwy. – Jestem Asil. Grozi ci niebezpieczeństwo. Na razie, zadbamy oto, byś dotarła bezpiecznie do Schroniska a następnie o wszystkim cię poinformujemy.
Z tymi słowami może nie wrzuciła, ale popchnęła mnie do auta. Zasuwając drzwi, zobaczyłam szkołę i zamarłam.
Przerażenie. Tak, to było moje pierwsze uczucie gdy je zobaczyłam. Potwory. Idealne określenie na to coś. Krwiożercze bestie, zeskakiwały ze szkoły. Były czarne, ale ta czerń nie była miła. Miałam wrażenie, że pokrywa je smoła. Były to ogromne wilki. Straszne, fakt może piękne, ale wciąż straszne. Z ich oczu ziała nienawiść do otoczenia. Były wysokie, miały może na dwa i pół metra. Sierść była gęsta i jak wspominałam wcześniej czarna. Miały ogromne pazury, które przy każdym silniejszym skoku, robiły dziurę w asfalcie parkingowym. Miałam wrażenie, że próbują zdążyć dotrzeć do samochodu zanim odjedziemy.
Biegły i dudnienie ziemi, słyszałam nawet ja.
Nie miałam czasu im się dłużej przyjrzeć bo SUV ruszył i natychmiast zakręcił. Wtedy przypomniałam sobie, że zostawiłam torebkę i nie będę miała jak poinformować mamę o tym co zaszło. W najgorszym wypadku nakłamać i powiedzieć, żeby się nie martwiła, że za niedługo się zobaczymy.
Jednak moja intuicja podpowiadała, że długo się nie zobaczymy.
Muzyka na Sali ucichła a wszyscy patrzyli to na mnie, to na Miłosza, to na Kacpra. Zielonooki chłopiec wyglądał na trochę wstrząśniętego, wściekłego, ale jednak w dużej mierze zaskoczonego. Wiedział, że jestem wybuchowa, ale nigdy przenigdy nie kierowałam swojej agresji pod jego adresem. (Musiał być kiedyś ten pierwszy raz.) Niestety, jego wściekłość była niczym w porównaniu z moją furią. Byłam tak zaślepiona tym uczuciem, że przed oczyma pojawiła się czerwona mgiełka. Byłam, aż przestraszona jak moje uczucia szybko się zmieniły. Nie wiedziałam jednak lub nie mogłam uwierzyć, że te wszystkie emocje pojawiły się po takim cudownym przeżyciu i były skierowane do chłopca przede mną. Do chłopca, którego kiedyś tak lubiłam, i w którym byłam zakochana po uszy. Nawet jego wygląd – oczy, włosy, usta – nie przemawiały do mnie i nie koiły moich nerwów.
A wtedy doszła do mnie prawda.
Miłosz, ani razu nie powiedział mi, że jestem choćby ładna. Ta prawda była tak okrutna i otrzeźwiająca, że aż zabolała. Tyle lat związku (fakt byłego) ale wciąż długiego.
Moja zasada „niepłakania” była żelazna i już od kilku lat, przestrzegana. Nie mogłam pozwolić, by przez takiego osła została złamana i zniweczona. W końcu tyle pracowałam, aby z beksy zrobić twardzielkę. Próbowałam wziąć się w garść. Nie chciałam, aby wszyscy zobaczyli jak się rozklejam, więc zapominając o torebce, nie zważając na zgromadzonych, wybiegłam z sali.
W tą wściekłość, wczepiła się iskra żalu. A ten żal jak choroba, rozprzestrzenił się po moim sercu i duszy.
Wściekłość zamieniona w żal i przykrość spowodowała, że uciekając nie byłam całkiem świadoma, czy kogoś potrąciłam. Miałam nadzieję jednak, że nie.
Wybiegłam na szkolny dziedziniec i nie zrobiłam czterech kroków, gdy ktoś złapał mnie za łokieć. Energicznie się odwróciłam, jednak byłam zaskoczona, kto mnie trzyma. Był to blondyn, którego w życiu nie widziałam. W jednak sekundzie zostałam otoczona przez grupę… na pewno nie ludzi. Były to istoty – głownie mężczyźni, z tyłu zauważyłam jedną kobietę – niespotykane. Piękni, dobrze zbudowani, widać, że silni o porażającym spojrzeniu. Blondyni, bruneci i szatyni o niezwykłych oczach, poruszali się z zaskakującą gracją. Wszyscy skupiali się na mnie, a ja biedna nie wiedziałam co mam robić. Wtedy kobieta przecisnęła się przez mur kompanów i podała mi rękę. A ja tą rękę przyjęłam. No, może nie było to najmądrzejsze posunięcie, ale za bardzo nie miałam wyjścia.
- Chodź, nie bój się. Wszystko ci wytłumaczymy jak będziemy bezpieczni, daleko z stąd. – Mówiła, gdy zaczęła mnie ciągnąć do pobliskiego SUVa Miała łagodne rysy twarzy i była osobą, której bym zaufała. Jej miodowy głos o dziwo koił moje nerwy. – Jestem Asil. Grozi ci niebezpieczeństwo. Na razie, zadbamy oto, byś dotarła bezpiecznie do Schroniska a następnie o wszystkim cię poinformujemy.
Z tymi słowami może nie wrzuciła, ale popchnęła mnie do auta. Zasuwając drzwi, zobaczyłam szkołę i zamarłam.
Przerażenie. Tak, to było moje pierwsze uczucie gdy je zobaczyłam. Potwory. Idealne określenie na to coś. Krwiożercze bestie, zeskakiwały ze szkoły. Były czarne, ale ta czerń nie była miła. Miałam wrażenie, że pokrywa je smoła. Były to ogromne wilki. Straszne, fakt może piękne, ale wciąż straszne. Z ich oczu ziała nienawiść do otoczenia. Były wysokie, miały może na dwa i pół metra. Sierść była gęsta i jak wspominałam wcześniej czarna. Miały ogromne pazury, które przy każdym silniejszym skoku, robiły dziurę w asfalcie parkingowym. Miałam wrażenie, że próbują zdążyć dotrzeć do samochodu zanim odjedziemy.
Biegły i dudnienie ziemi, słyszałam nawet ja.
Nie miałam czasu im się dłużej przyjrzeć bo SUV ruszył i natychmiast zakręcił. Wtedy przypomniałam sobie, że zostawiłam torebkę i nie będę miała jak poinformować mamę o tym co zaszło. W najgorszym wypadku nakłamać i powiedzieć, żeby się nie martwiła, że za niedługo się zobaczymy.
Jednak moja intuicja podpowiadała, że długo się nie zobaczymy.